Niepozorna, cicha, skryta, można by powiedzieć wręcz niezauważalna.
O kim mowa? A no właśnie…

Pierwsze dni rekolekcji, czyli próba zapamiętania wszystkich imion. Niby wiedziałam, że ta niewielka blondyneczka z łagodnym uśmiechem na ustach, to Ania. Początkowo jednak swoją uwagę poświęcałam głównie tym odważnym dziewczynkom, które wyróżniały się swoim charakterem i otwartością. A Ania była taka tajemnicza, zawsze na uboczu, jakby nie czuła się warta poświęcenia jej czasu i uwagi. Spróbowałam, więc zagadać. Reakcja Ani – krótkie i zdawkowe odpowiedzi. To może pomogę przy wykonaniu koszulki. Chyba kolejna porażka, bo Ania nie wykazywała chęci do współpracy ani znalezienia jej talentu, który mogłybyśmy namalować. Przełamanie nastąpiło na wspólnym spotkaniu wszystkich dzieci w Pnikucie. Przelotne opady deszczu, zimny wiatr, a Ania ubrana tylko w cienki sweterek. Szybko pożyczyłam bluzę, opatuliłam ją, przytuliłam. Jakby nabrała odwagi. Kolejny dzień rekolekcji i Ania zaczęła uchylać drzwiczki do jej skrytej osobowości. Rozmawiała, łapała znienacka za rękę, przytulała się, zapraszała do zabawy. Czułam miłość, radość, szczerość i życzliwość, którymi mnie obdarzała. I wiem, że choć cicha i może niepewna swojej własnej wartości, Ania jest wspaniałą, niepowtarzalną, pełną ciepła, dobroci i uprzejmości osóbką o naprawdę wyjątkowej osobowości

Dzieci są urocze. Wszyscy to wiedzą. Gdy mam opowiedzieć kilka słów o Akcji Ukraina, nigdy nie zaczynam od frazesów w stylu praca z dziećmi daje masę radości i energii, a dzieci słodkie, wdzięczne itd. Po co mówić coś co jest oczywiste?

Poza tym takie podejście do dzieci bardzo zamyka na to kim są naprawdę. Bo dzieci to przede wszystkim ludzie i warto je poznać zanim wyrobimy sobie na ich temat zdanie.
Każdy pamięta z dzieciństwa ciotki, które odwiedzając rodziców obrzucały nas tysiącem całusów i uścisków, nie pytając się, czy mamy na to ochotę. Albo pytaniami jak tam w szkole, zupełnie nie interesując się tym, co nas ciekawi. Bo dzieci są takie urocze, że każdy by pogłaskał. A pozory mogą mylić. Aniołek o słodkim uśmiechu może okrutnie ranić swoich kolegów. Outsider, który w niczym nie pasuje do naszego wyobrażenia słodziaka, może być wartościowym dzieciakiem, z którego chwila autentycznej uwagi można wyciągnąć jego potencjał.
Akcja Ukraina nauczyła mnie takiej uważności na dzieci. Bo z każdego dziecka można wydobyć dobro, tylko trzeba je poznać. Porzucić nasze wyobrażenia na rzecz spotkania z drugim człowiekiem. Choć nie wiem jak bardzo przepracowani byśmy nie byli to i tak najtrudniej pozbyć się stereotypowego myślenia o dzieciach. Pomimo, że w dzieciństwie wszyscy nie znosimy tych ciotek to z wiekiem sami się nimi stajemy.
Przez te kilka lat w Akcji Ukraina nauczyłem się nie projektować na dzieci swoich wyobrażeń o nich. Dzieci, które na pierwszy rzut oka wcale na rokowały, wyrastały na fajną młodzież, z którą pracowaliśmy przez kolejne edycje. Wiele moich “świetnych” pomysłów, które na pewno spodobają się dzieciom okazało się zupełną klapą. Za to nauczyłem się zamiast wciskać im moją wersję fajnie spędzonego i wartościowego czasu, obserwować co je naprawdę kręci i rozwija.

Dwa lata temu wakacje czteroosobowej rodziny all inclusive zamieniliśmy na 10 dni spędzone z fantastycznymi dzieciakami za naszą wschodnią granicą

Akcja Ukraina to rekolekcje dla dzieci polskiego pochodzenia na Ukrainie, organizowane przez Wspólnotę Indywidualności Otwartych z Krakowa. W czasie tygodnia rekolekcji ja i mój mąż pełniliśmy rolę animatorów – Marek na „pełny etat”- był animatorem ósemki pełnych energii chłopców. Ja pomagałam tzw. druhnom (czyli tamtejszej młodzieży wspierającej animatorów). Zorganizowałam z dziewczynami dwa wydarzenia podczas rekolekcji: bieg terenowy i flash mob promujący festyn kończący rekolekcje.

Jadąc na miejsce byliśmy pełni obaw, bo jednocześnie mieliśmy się zajmować – na zmianę – naszymi dzieciakami. Stanowiło to logistyczne wyzwanie gdyż trzeba było się dogadywać, co do podziału ról i obowiązków, a przede wszystkim czasu. Marek wyruszał rano do swojej grupki, ja i nasze dzieciaki jedliśmy śniadanie i cieszyliśmy się sobą. Po południu uczestniczyliśmy ze wszystkimi w obiedzie i zajęciach (boisko, piłki, sznurki, patyki, krzaczki, kamyczki, robaczki…). Na koniec dnia Marek miał odprawę, ja kładłam dzieci spać i po powrocie Marka szłam organizować mój przydział zadań. Praca czasem kończyła się nawet po 2 w nocy.

Mimo permanentnego niewyspania, fizycznego zmęczenia, gonienia samochodem lub rowerem po Mościskach, wracaliśmy z Ukrainy naładowani energią i z poczuciem zrobienia mądrego dobra. Myślę, że obecność całej naszej rodziny na tych rekolekcjach była fajnym świadectwem. A przy okazji nasza Oliwka i Tomek mieli chyba wakacje życia.

Podejmując decyzję o wyjeździe na Ukrainę wyszłam z założenia, że dawno nie zrobiłam czegoś dobrego dla innych.

Mimo to traktowałam to raczej zadaniowo – cały czas powtarzałam sobie, że ważny jest cel a nie ja i żebym się skupiła na swoim zadaniu. Od Ukrainy nie oczekiwałam niczego szokującego, a tym bardziej, żę coś albo ktoś doprowadzi mnie do łez (co nie jest wcale takie łatwe). 

No i cóż pierwszy dzień – Sasza – od razu można było wyczuć, że nie będzie z nim łatwo. Gdy grupa szła bokiem drogi, Sasza musiał iść środkiem – taki typ człowieka. Gdy robiliśmy coś w grupach, on potrzebował swojego osobistego animatora albo tracił zainteresowanie zajęciami – generalnie odniosłam wrażenie, że raczej nie za bardzo mu się to wszystko podobało, ale z drugiej strony, gdy potrzeba było ochotnika albo ministranta do posługi – Sasza był pierwszy, a na konferencjach jego ręka wisiała cały czas w górze. Pod koniec rekolekcji był dla mnie dzieckiem, które polubiłam, ale nie myślałam, że nawiązaliśmy szczególną więź, mimo, że był w mojej grupie. 

W tym momencie Sasza jednak rozczulił nawet najskrytszy zakamarek mojego serca, gdy pełny wdzęczności przyszedł mnie naprawdę szczerym głosem przeprosił za to jaki był i jest, pełen świadomości swojego problemu ze swoją “głową w chmurach” i podziękował najlepiej jak umiał pełen nadziei na kolejne spotkanie z nami wszystkimi. W ten właśnie sposób otrzymałam tak wielki dar jaką była niespodziewana wdzięczność, której ja podarowałam wiadro moich łez szczęścia.

WDZIĘCZNOŚĆ AŻ DO ŁEZ
OLIWIA
Niech będzie. Pojadę. Poświęcę się i pojadę
Natalia

Z takim nastawieniem przyszłam na rozmowę rekrutacyjną Akcji Ukraina. Rekrutujący, chłopak najpewniej tylko kilka lat starszy ode mnie, sprawiał wrażenie zwyczajnego, dość poważnego i raczej ponurego.

Coś się nie zgadzało. Zdecydowałam się. Wypełniłam formularz. Powinien teraz być mi wdzięczny, uśmiechać się i docenić mój wkład. Przecież jestem uśmiechnięta, energiczna, nie najgorzej śpiewam, mam trochę doświadczenia zdobytego na obozach harcerskich, potrafię wybrzdąkać coś na gitarze, trenuję od kilku lat lekką atletykę, potrafię nawet złożyć żabę origami – czy mógł lepiej trafić? Opowiedziałam o tym wszystkim, dodałam historię tego, jak przed trzema miesiącami trafiłam do WIO, odpowiedziałam na pytania o motywacje i dyspozycyjność. Na końcu usłyszałam: „Dziękuję za rozmowę. Skontaktuję się z Tobą za kilka dni i poinformuję Cię czy dołączysz do Ekipy.” Szok. Nie wiem, czy udało mi się ukryć zdziwienie, zakłopotanie i zażenowanie jakie poczułam. Jak to? Nie ja decyduję, czy wezmę w tym udział?

Momentalnie dotarło do mnie, że z jakiegoś nieznanego mi powodu bardzo chcę tam pojechać. Zrozumiałam, że to nie jest kwestia poświęcenia, braku lepszych wakacyjnych opcji ani nawet zaspokojenia potrzeby zbawiania świata. Na odległość wyczuwałam, że to jest dla mnie szansa – najlepsza z dotychczasowych życiowych lekcji. Przez kilka dni wielokrotnie odświeżałam skrzynkę mailową w oczekiwaniu na wiadomość, aż w końcu nadeszła.

Właśnie wtedy rozpoczęła się jedna z najwspanialszych przygód mojego życia i trwa już prawie trzy lata. Trzy lata wakacyjnego śmiechu i łez, odwagi i strachu, chęci do działania i rezygnacji, pomysłów genialnych i nietrafionych, dumy i niezadowolenia z siebie.. Trzy lata podczas których oprócz wspaniałych ludzi poznałam siebie- swoje możliwości i ograniczenia. Trzy lata, które pokazały mi więcej niż wszystkie poprzednie..

Może Ci się wydawać, że jesteś już całkiem dorosła. Że dużo wiesz o życiu, masz sporo doświadczeń, więc wiesz jak podejmować dobre decyzje i jak się zachowywać w określonych sytuacjach. W sumie, to „ogarniasz”.

Ale gdy widzisz, jak nie znająca języka polskiego czternastolatka zgłasza się na ochotnika do zaśpiewania na Mszy psalmu po polsku, to zastanawiasz się: kto ma większą odwagę w podejmowaniu wyzwań, ja czy ona? A kiedy zauważasz, że na stołówce jedna z dziewczynek głośno domaga się o kubek herbaty, po czym inna szybko stawia go przed nią, to myślisz: kto jest bardziej uważny na potrzeby innych, ja czy ona? Lub ten moment, gdy jesteś już bardzo zmęczona całym dniem, złą pogodą i trudnymi warunkami, a uśmiechnięte dzieci mówią ci, że „w zasadzie to dzień im się podobał” prowokując w twojej głowie pytanie: kto jest bardziej wytrwały, ja czy one?

Taka była moja rzeczywistość Akcji Ukraina i taka może być rzeczywistość każdego spotkania dorosłego z dzieckiem. Na Akcji przekonałam się, że dziecko nie jest tylko kimś, kogo trzeba wychować, nauczyć, kim trzeba się zająć. Spotkanie z nim jest przede wszystkim spotkaniem z drugim człowiekiem – innym pod wieloma względami, ale jednocześnie takim, od którego można się wiele nauczyć.

Spotkanie z dzieckiem
Basia
Mission complete
Monika

Co najbardziej poruszyło mnie w „Akcji Ukraina”? Spotkanie z Vitalikiem.

Ostatniego dnia rekolekcji w ramach pracy w grupach przeprowadzaliśmy dzieci przez tzw. „pokoje sensoryczne”, w których po kolei angażowany był jeden ze zmysłów. Miało to na celu zbudowanie indywidualnej relacji z dzieckiem i pokazanie mu świata w trochę inny sposób, pokazanie tego, na co na co dzień nie zwracamy uwagi. W moim pokoju był to dotyk – dzieci z zasłoniętymi oczami, prowadzone przeze mnie, wkładały ręce do misek z różnymi substancjami. Wymagało to od dzieci zaufania, dzięki czemu udało mi się zbudować z prawie każdym dzieckiem jakąś niesamowitą więź i bliskość.

Vitalik to chłopak, u którego nie zauważałam uśmiechu przez całe rekolekcje. Nie dostrzegłam u niego zaangażowania w atrakcje i zadania, które dla dzieci przygotowaliśmy. Jednak kiedy wszedł do mojego pokoju z zasłoniętymi oczami i prowadziłam go po kolei od miski do miski, uśmiech nie schodził mu z twarzy, był podekscytowany i widziałam, jak dokładnie sprawdza każdą substancję i próbuje ją odgadnąć. Nie wiem, co się w nim wtedy wydarzyło, ale ja poczułam wtedy, że spełniłam to, po co Pan Bóg mnie tam wysłał i dopiero wtedy zrozumiałam, czym naprawdę jest „Akcja Ukraina”. To było tak niesamowite, że nadal wywołuje we mnie wzruszenie, choć minęły już trzy miesiące. Dziękuję Bogu za to doświadczenie i cieszę się, że mnie do tego zaprosił.

Naprawdę jestem przekonana, że warto było pojechać dla tego jednego chłopaka. Najlepsze jest to, że takich dzieci było dużo więcej. Bóg niesamowicie dotknął mojego serca przez tych małych ludzi. Pokazał mi, ile pięknych darów we mnie złożył i jak rozwijają się, kiedy działam na Jego chwałę. “Akcja Ukraina” przypomniała mi, po co tutaj jestem i co naprawdę się liczy.